środa, 25 stycznia 2012

Kajety XXI wieku

Piotr Peszko, mój wirtualny znajomy, entuzjasta nowych technologii w edukacji, stworzył swój pierwszy w życiu demotywator. Pokazuje on trzy przedmioty "zakazane" w szkole dla różnych pokoleń uczniów: kolorowy długopis, kalkulator i telefon komórkowy.
O komórkach w klasie pisałem już wielokrotnie. O związanej z ich używaniem przez uczniów paranoi ciała pedagogicznego, i o tym, jak bywają przydatne w dyscyplinowaniu nauczycieli, usprawniają komunikację i organizację pracy, a czasem po prostu tworzą miłą atmosferę.
Patrząc na demotywator Piotra pomyślałem sobie jednak ze smutkiem, że szkoła, ze swoim restrykcyjno - represyjnym stosunkiem do wszystkiego, co nowe i przydatne, w gruncie rzeczy zaprzecza wartościom, które powinna promować, i przekreśla sens własnego istnienia. Taka szkoła, zamiast pomagać w uczeniu, właściwie przeszkadza. A bywa, że matołowatością realizowanych projektów, do udziału w których zmusza swych podopiecznych, sama się demaskuje, niczym na znanym i powszechnie dostępnym w internecie zdjęciu, które zamieszczam poniżej. Kto mógł wymyślić gazetkę o oszczędzaniu papieru, w której tegoż papieru tyle zmarnowano?


Z pewną ulgą odnotowałem niedawno, że znajdujący się w pobliżu Placu Matejki sklep papierniczy pozbywa się ze swoich magazynów zeszytów. Faktycznie, nie są one już tak przydatne w szkole, jak były kiedyś, i w wielu sytuacjach można się bez nich obyć.
Zobaczymy: albo szkoła będzie korzystać w celach dydaktycznych z tego, co ma zastosowanie w realnym życiu, albo trzeba będzie poważnie się zastanowić, czy nie ma racji uczeń, który mówi: "Nauczycielu, nie przeszkadzaj mi, kiedy rozmawiam na lekcji". Marzy mi się szkoła, która wyprzedza rzeczywistość, ale - znając realia - byłoby już niezłym sukcesem, gdyby udało jej się chociaż za nią nadążać.

niedziela, 22 stycznia 2012

Marketingowy szantaż

Barbarzyńskie w moim odczuciu zwyczaje podczas katolickich obrządków na południowych rubieżach diecezji kieleckiej uderzyły mnie po raz pierwszy, gdy na pogrzebie przyjaciela zbierający na ofiarę kościelny podszedł z tacą nawet do zgromadzonej przy samej trumnie najbliższej rodziny zmarłego. W niedługim odstępie czasu przeżylem kolejny szok, gdy w czasie radośniejszej wprawdzie uroczystości, bo na ślubie, ale w równie niestosowny moim zdaniem sposób, wyciągnął rękę z tacą do samych państwa młodych i do świadków. Wyglądało to nawet trochę komicznie, gdy panowie podawali paniom pieniądze do wrzucenia na ofiarę, gdyż te - w uroczystych sukniach i z ozdobnymi torebkami - nie miały gdzie trzymać gotówki.
Niedawno z kolei wróciłem do domu z pogrzebu z ... wizytówką zakładu pogrzebowego. Pod koniec uroczystości, gdy jeszcze nad trumną zmarłego trwały przemówienia i nie wpuszczono jej do grobu, pracownicy zakładu, chodząc między zgromadzonymi w tej i sąsiedniej kwaterze ludźmi, zaczęli rozdawać eleganckie blankieciki, na których pogrubioną i rozstrzeloną czcionką umieszczono informację, jaka firma obsługiwała pogrzeb, gdzie się znajduje, jakie ma numery telefonów oraz że są one czynne całą dobę.
Fakt rozdawania wizytówek na pogrzebie ma rzekomo usprawiedliwiać to, że są one swego rodzaju pamiątką i rodzajem modlitwy za zmarłego. Faktycznie, znajduje się tam także imię i nazwisko zmarłego, informacja o dacie śmierci i miejscu pochówku, a także kilka linijek modlitwy wyrażającej oddanie duszy w ręce Pana. Na odwrocie jest po prostu obrazek przedstawiający Jezusa modlącego się w Ogrodzie Oliwnym.
Mam problem z taką wizytówką. Z jednej strony, szacunek do zmarłego i do uczuć osób wierzących nie pozwalają jej wyrzucić. Z drugiej, czuję niesmak albo wręcz odrazę na myśl o tym, że ktoś wykorzystuje intymną uroczystość pożegnania zmarłego do rozdawania uczestnikom tej uroczystości swoich - było nie było - ulotek reklamowych.
Co kraj, to obyczaj. Może komuś takie obrazki z pogrzebów wydają się rzeczywiście elegancką i refleksyjną pamiątką. Dla mnie to marketingowy szantaż, polegający na wciśnięciu komuś reklamówki, której nie sposób zniszczyć czy wyrzucić. Moją postanowiłem odesłać do zakładu. Niech oni się martwią, co zrobić ze świętym obrazkiem, którego nie da się już wykorzystać na kolejnym pogrzebie.

piątek, 20 stycznia 2012

Zamknięta ambasada

Ambasada Irlandii przy Stolicy Apostolskiej w Watykanie, jedna z najstarszych irlandzkich placówek dyplomatycznych, w tym miesiącu przestała istnieć. Oficjalnie, powodem likwidacji ambasady są oszczędności i fakt, że nie przynosi ona żadnych korzyści ekonomicznych.
Kościół przyjął tę wiadomość ze zrozumieniem, o czym świadczy wyważona wypowiedź dla mediów księdza Federico Lombardiego, rzecznika Watykanu.
Patrząc na to z boku, można by pomyśleć o skandalach pedofilskich, które zatrzęsły w minionych latach irlandzkim kościołem, ale - jak dla mnie - już takie ćwiczenie w starej irlandzkiej książce do religii wystarczy za powód, by nie utrzymywać ambasady w Watykanie.




(w ćwiczeniu tym należy zadecydować, czy na największą miłość Pana Boga zasługują rośliny, zwierzęta, dziecko nieochrzczone, czy też dziecko ochrzczone)

czwartek, 19 stycznia 2012

Algorytm zaliczający

Każdą grupę lubi się za coś, każda na swój sposób jest wyjątkowa.
Praca z informatykami jest bardzo konkretna. Po negocjacjach ustaliliśmy bardzo prosty algorytm pozwalający wyliczyć ocenę końcowosemestralną:


/*L - ocena z lekturki
W - wybrana ocena spośród pozostałych ocen
Q - liczba niewykonanych quizów*/

#include <iostream>

int main()
{
float ocena_koncowa,L,W,Q;
std::cin>>L>>W>>Q;
if(W == 0 && Q ==0) ocena_koncowa = L;
else if(L > W && Q == 0) ocena_koncowa = L;
else if(Q == 0) ocena_koncowa = (L*3 + W)/4;
else if(Q > 0) ocena_koncowa = (L - Q*0.5);
std::cout<<ocena_koncowa;
system ("pause");
return 0;
}

środa, 11 stycznia 2012

Pies z dresem

Mój plan zajęć i rozkład domowych obowiązków doprowadziły do tego, że od pewnego czasu, co wtorek, przechodzę koło szkoły z psem, a ściślej suką, podczas gdy trzecia klasa technikum ma matematykę. Lekcje są z pewnością bardzo ciekawe, ale panowie z okien pracowni zawsze zauważają, gdy przechodzimy, i reagują bardzo spontanicznie i żywiołowo. Podnoszą się, machają rękami, wykonują gesty zachęcające nas do zwiększenia tempa naszego spaceru... Nauczyłem się już, że przechodząc muszę popatrzeć w ich stronę i odmachnąć, inaczej podnoszą taki raban, by zwrócić na siebie uwagę, że na miejscu koleżanki matematyczki chyba bym się zdenerwował.
Zastanawiałem się nad tym, skąd sympatia uczniów do Zuzi i przypomniało mi się, że młodzież w szkole średniej i owczarki niemieckie, które mieliśmy w domu, zawsze wydawały mi się mieć ze sobą coś wspólnego. Ilekroć ktoś pytał o kłopoty z psem, dziwiłem się, jak można mieć tego rodzaju kłopoty, skoro pies - w moim odczuciu z definicji - jest grzeczny i posłuszny niczym uczniowie, z którymi mam kontakt w szkole. Gdy ktoś się pytał o kłopoty z młodzieżą, dziwiłem się, jak można mieć kłopoty z ludźmi, którzy - niczym pies - szczerze cię kochają albo szczerze nienawidzą i - jeśli tylko traktujesz ich należycie - będą ci jeść z ręki, a jeśli będziesz dla nich hyclem, gotowi cię pogryźć. I doszedłem do wniosku, że ta sympatia bierze się z wzajemnego podobieństwa charakterów.
Może się ktoś oburzyć, że porównuję osiemnastoletnich dryblasów do owczarka niemieckiego. Kocham jednak i szanuję tych panów i moją sukę w jednakowym stopniu. Miłością szczerą i pozbawioną podtekstów, taką, jaką pies potrafi kochać człowieka. Co więcej, stopniowo sie do nich upodabniam. Zdaniem Irka, odkąd po ciemku chodzę z psem po parku w bluzie z kapturem na głowie, w dodatku specyficznym rozbujanym krokiem, stałem się dresem i budzę respekt zupełnie taki, jaki u mnie budzą Krystian, Damian czy Adrian z trzeciej klasy.